Gdy oglądam swoich życia kartek wstecz, to pamiętam je jak własny mecz.
Dopadła mnie melancholia, chciałem coś dzisiaj zrobić, ale czułem się jak samolot bez skrzydeł. Na co mi motor z dobrym śmigłem, skoro na jego warkocie, nie polecę tam gdzie chcę? Po co mi szybki cwał, skoro nie mam gdzie biec? Po co mi meta, skoro na jej linii nie ma już mnie? Gdzie jest ten helikopter, skoro jego rotor za drzwiami spadł? Wszystko jest takie bezsensowne, że tylko się śmiać…
Po tych całodziennych marudzeniach zasnąłem. Śniła mi się rzeka, przy której pierwszy raz spotkałem Anioła. Całą tą melancholię zabrałem ze sobą w ten sen. Czekałem na NIEGO. Patrzyłem na spokojnie wartki nurt czystej rzeki, która pomykała pewna swej rześkości. Poczułem na moich plecach JEGO obecność.
- Coś Ty zrobił, zapytał?
- A niby z czym, zapytałem?
I zanim westchnął, powiedziałem mu, że:
- Tobie i Twojej załodze, to się wydaje, że los każdego człowieka można zaplanować, jak w zamierzchłych systemach politycznych. Otóż gwarantuje Ci, że źle myślicie. Wam się wydaje, że jak małe dziecko umie już chodzić i powiecie mu chodź tu – to przyjdzie. Owszem przyjdzie, ale może się wywrócić, a potem pójdzie inną drogą.
- Masz rację, ale mówimy o Tobie,
- A co ze mną? O co Ci chodzi? Że mam rozdwojenie jaźni?
- No tak zaczął się śmiać,
- Opowiem Ci coś. Gdy byłem małym chłopcem w szkole krążyły takie oto bajeczki. Wyobraź sobie, że jesteś myszką. Siedzisz w norze, a ktoś sprytny przychodzi z kijem, żyletką, kawałkiem szynki i sera. Żyletka zostaje zamocowana, na środku kija, serek na jednym końcu , a szynka na drugim. Cały ten sprzęt jest ustawiony przy Twoim wyjściu, czyli jak wychodzisz to wpadasz na żyletkę. Patrzysz w lewo – szynka, patrzysz w prawo serek. Myślisz sobie: szynka , serek, szynka, serek szynka, serek i nagle krzycccććć.
Zaczął się potwornie śmiać, a ja nie wytrzymałem i zacząłem też…
- Ciesz się, że nie mam roztrojenia jaźni bo byłby więcej problemów i nie wiem jakbym Ci to opowiedział, bo na jednym kiju by się nie dało…
ON dalej się śmiał i ja też…
Obudziłem się, za oknem był piękny dzień. Zacząłem sam do siebie gadać: człowieku, jakie motory, jakie rotory, życie jest piękne!
Gdy urwie się korba czasoprzestrzeni, masz okazję na wiele marzeń.
A jednak!
Ci którzy stracili kontrolę nad czasem, zanim się ogarnęli zafundowali mi wspaniałe przeżycia. Wykorzystałem to w możliwie maksymalny sposób. Patrzyłem Ci w oczy, dmuchałem we włosy, koloryzowałem szarość dnia, napełniałem Twoje myśli marzeniami, a na koniec roztopiłem się jak śnieg, gdy patrzyłaś sobie w dal.
Teraz płyniesz, jak żaglowiec miotany wichrami spraw codziennych, a ja cóż, czekam aż trafisz na mieliznę i zrobię dla Ciebie przypływ, czekam aż trafisz na ciszę, wtedy wesołymi wichrami rozdmucham Twoje wahania. Tak to już jest, przecież zawsze będę Twoim aniołem.
A za jakiś czas, jak znajdziemy dla siebie moment, na lampkę czerwonego wina, to będziemy się śmiali z tej urwanej korby czasoprzestrzeni.
Sen przyszedł bardzo powoli. Siedziałem na jakimś krześle w tej samej hali co ostatnio. Dzisiaj była wietrzna noc. Hala trzeszczała i wyła jak popsuta harmonijka ustna. Smutno mi się jakoś zrobiło, nie wiedziałem co dalej, poza tym, że będę sam. Wstałem, poszedłem w kierunku, gdzie ostatnio znalazłem ten helikopter, miejsce niestety było puste. Ciemność ograniczała widoczność do paru metrów. Po chwili usłyszałem z boku jakiś szelest i znajomy postępujący bełkot wirników, za chwilę w odległości około 10 metrów, ode mnie zapaliła się choinka światełek tej cudownej maszyny. Jakoś zrobiło mi się raźniej, w końcu ta super zabawka zabierze mnie w oczekiwane miejsce. Zobaczyłem, że drzwi są otwarte, podszedłem, w środku nikogo nie było. Westchnąłem, wsiadłem i za chwilę wszystkie wskaźniki uśmiechały się do mnie pełnym stanem gotowości.
Drążek start, ciągniemy do góry, galaktyki świateł miasta są już poniżej mnie. Zataczam radosne koło nad miastem, wciskam płaski przycisk dopalania i za pięć minut jestem na miejscu, o czym informuje mnie srebrzanka księżyca na tafli jeziora. Robię lot nad taflą i zmierzam do miejsca gdzie jest ognisko na plaży. Jedyny charakterystyczny punkt w tej ciemnicy. Ląduje trochę dalej, aby burza piaskowa spod mojej maszyny nie zasypała ogniska. Wychodzę, oświetlam maszyną najbliższy teren. Lekko mokry piasek chrobocze pod butami, jak śnieg w mroźny dzień. Dochodzę do ogniska, nikogo nie ma, słychać tylko jak wielkie ozory ogniska skrzeczą do siebie.
Siadam sobie wygodnie, mam wrażenie, że sekundy zwolniły do minut. Delektuję się tym jasno ciepłym letargiem i na chwilę zapominam o swojej misji. Jest dobrze, przyjazny piasek wyprofilował mi wygodne siedzenie, a ogień smaga mnie falami ciepła. W oddali słyszę budzące się ptaki. Patrzę na księżycową srebrzystość tafli jeziora i zastanawiam się czy te wielopunktowe rozchodzące się koła małych fal, to od ryb, które żerują i pluskają się w nocy? Jednak nie, to wygląda tak, jakby coś spadało do wody. Pomyślałem, że to może jakiś nocny deszcz albo grad. Całe to zjawisko zaczęło się posuwać w moim kierunku. Poczułem lekki niepokój. Za chwilę domyśliłem się wszystkiego, to były metalowe strzały o bardzo ostrych końcach. Widziałem jak sitkują moją maszynę, chociaż to była bardzo zaawansowana technologia. Zacząłem uciekać, ale w każdym kierunku miałem przed sobą ścianę gradu tych okropnych strzał. Całe to zjawisko, zakołowało wokół mnie i ogniska w promieniu paru metrów. Starzały padała jedna blisko drugiej, tworząc jakby taki krzewostan, nie do przejścia. Zacząłem się martwić, jak ja z tego wybrnę. Strzelałem wzrokiem czy jest gdzieś jeszcze przestrzeń ucieczki. Znalazłem tylko w kierunku ciemnego lasu. Nagle zobaczyłem przy tej jedynej drodze ucieczki SERDUCHO, było takie same jak przy pierwszym spotkaniu w metrze, lecz dziewczyny nie widziałem. SERDUCHO stało w niebezpiecznej odległości od strzał. Instynktownie wypchnąłem je poza ten niebezpieczny krąg i zaczęliśmy uciekać do lasu. Potykając się o różne drzewne przeszkody i wpadając co chwilę do jakiś dołów słyszeliśmy, jak za naszymi plecami podąża mordercza ściana tych strzał, łamiąc po drodze drzewa jak zapałki. Za chwilę zobaczyłem źródło tego ataku. Był to niewysoki budynek o dachu, jak jakaś astronomiczna kopuła, błyszcząca w świetle księżyca. Dach ten obracał się w wszystkich kierunkach jak jakieś magiczne oko, miał miliony otworów z których wyskakiwały te śmiercionośne strzały. Ten przerażający deszcz już nas prawie dopadł, kątem oka zobaczyłem światło z otwartej studzienki ściekowej, wskoczyliśmy tam. Fala strzał jakby się zmieniła – wyglądało to jak lecąca za nami wściekła szarańcza. Kluczyliśmy w tych korytarzach, jak w labiryncie, przy jednym zakręcie zauważyłem jakieś napisy ostrzegawcze. Była tam szybka, którą bez namysłu zbiłem, a wtedy zobaczyłem, że jest to jakiś zaplombowany wyłącznik, przy próbie dotknięcia zostałem porażony dawką wysokiego napięcia. Upadłem i słyszałem jak metalowa szarańcza już nas dopada. Urwałem kawałek suchego ubrania, resztką sił owinąłem dłoń i udało mi się zmienić położenie tej wajchy. Momentalnie wszystko ucichło. Strzały upadły z łoskotem, tworząc jakby taką słomianą matę z siebie.
Wyszliśmy na zewnątrz. W bliskiej odległości zobaczyłem łunę ogniska. Zacząłem się cieszyć z SERDUCHEM, że coś się udało. Pomyślałem, że Anioł się ucieszy ze mnie, chociaż nie mam wojowniczej natury, to jakoś dałem radę. Siedliśmy po obu stronach ogniska i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie umiem rozmawiać z SERDUCHEM. Wstałem, żeby coś powiedzieć, uśmiechnąłem się. SERDUCHO też jakby chciało coś przekazać, zaczęło falować jakby odcieniami czerwieni i nagle w moich kierunku wystrzeliło ogromną strzałą, wielkości jakiejś dzidy. Dostałem prosto w serce, nie miałem czasu na zdziwienie, ani żadną reakcję, czy też emocję. Rękoma wyczułem jak zimne żelastwo parę razy, coraz słabiej poruszyło się w rytm mojego serca, a moja własna krew ogrzała mi sztywne palce. Te moje dłonie jakby zaczęły się rozciągać, a ja widziałem je coraz dalej. Po chwili poczułem się dziwnie. Plaża zostawała coraz niżej, a ja nie czułem żadnych emocji, byłem tylko myślą. Obok jeziora znajdowała się taka skalista górka, popatrzyłem tam i zobaczyłem JEJ sylwetkę wyłaniającą się z ciemności. Stała jak czujna sarna, badająca wokół siebie zagrożenia. Usłyszałem JEJ głos:
- to nie tak miało być, powiedziała, pamiętaj chcę być z ciebie dumna…
- pamiętaj! Krzyknęła…
Wtedy zobaczyłem jak wstające słońce oświetla z boku jej buzię, a dwa miniaturowe wodospady łez świecą w tym samym kolorze. Jej sylwetka się oddalała i była taka sama, jak z tego zdjęcia wigilijnego…
Widziałem wszystko w każdym kierunku. Ja unosiłem się dalej, nawet nie mogłem się uśmiechnąć, ani nic powiedzieć… ONA była dla mnie już w innym wymiarze…
Dzisiaj był ładny dzień, nagraliśmy trochę materiału w profesjonalnym salonie urody. Poszliśmy na kawę do lokalu, co ma w nazwie coś wąskiego… Często przychodzą tam tacy, mniej lub więcej znani i lubiani telewizyjni gwiazdorzy. Siedliśmy na zewnątrz, pod parasolami na chodniku, bo trudno to nazwać ogródkiem. Pogadaliśmy o filmie, rozdając sobie miłe uśmiechy. Dziewczyna wyszła do toalety, zostawiając swój telefon na stoliku. ONA się chyba jeszcze niczego nie domyślała, a ja stwierdziłem, że jest fajna okazja na mały komunikat. Wysłałem jej eska o krótkiej treści „Kocham Cię”. W ciągu paru sekund usłyszałem, jak mój komunikat pojawił się na stoliku. ONA wróciła, wzięła telefon do ręki, popatrzyła spokojnie, westchnęła i schowała go do torebki. Poczułem, że nie była zadowolona z treści tego komunikatu.
Wieczorem siadłem do matrixa, aby zobaczyć co tam w świecie słychać. Zobaczyłem, że ONA jest online, więc zagadałem. Za chwilę usłyszałem potok twardych słów, że nigdy przenigdy itp. , które latały jak błyszczące noże w moje serce… Jakoś to przeżyłem i przypomniały mi się słowa Anioła, abym nie patrzył JEJ w oczy. Teraz już wiem co miał na myśli.
W nocy nic specjalnego mi się nie śniło, dopiero nad ranem usłyszałem JEGO głos – to już jutro, polecisz sam.
Mój lot trwa już tyle lat, a dopiero teraz znalazłem miejsce do lądowania.
Dzisiaj zrobiłem sobie wolne. Wspominałem wczorajsze nagranie, mieliśmy naprawdę ciężki dzień. Udało się nam zrobić prawie 3 godziny materiału. Zgrałem wszystko z kamery do komputera i nawet to zajęło mi sporo czasu. Cały czas w myślach słyszałem JEJ głos, jak opowiada o swoim życiu. Byłem zmęczony i chciałem się zanurzyć w swoim śnie.
Niespodziewanie szybko mi się to udało.
W moim śnie siedziałem w jakiejś ogromnej i przyciemnionej hali. Było bardzo cicho i chyba środek letniej nocy. Miarowe kroplowanie, po niedawnej burzy z dziurawego dachu tego budynku, doprowadzało mnie do szału. Nagle po chwili usłyszałem narastający rytmiczny bełkot wirników helikoptera, który pieścił moje uszy. W pewnym momencie wszystko ucichło. Wyszedłem z tej hali idąc w kierunku tych dźwięków. W pobliżu głównego wejścia wylądował kosmicznie wyglądający helikopter. Podszedłem bliżej, ale w środku nie było pilota. Pojazd miał 2 miejsca z przodu i dwa z tyłu. Z przodu obok miejsca pilota siedziała Nadzieja, z tyłu Złość i ON. No, lepiej już być nie mogło i zanim zdążyłem coś powiedzieć usłyszałem od Niego stanowcze:
- leć!
- gdzie zapytałem, chociaż, się domyślałem?
- Serducho, powiedział, masz pół godziny, żeby je znaleźć,
- Ok, ale gdzie?
Nie usłyszałem odpowiedzi, zacząłem się rozglądać z przerażeniem po kabinie, bo przecież nie jestem pilotem. Założyłem kask z holograficznym monitorem wewnątrz. Pod szybą tego pojazdu nie było żadnych zegarów czy wskaźników – był taki pas dotykowego ekranu jak w mobilnych urządzeniach. Siedziałem po lewej stronie i między mną i Nadzieją był tylko drążek sterowniczy na końcu którego był czerwony przycisk z napisem Start. Po chwili wahania nacisnąłem guzik startowy, usłyszałem miły dla ucha rozgrzewający się bełkot wirników. W tym samym momencie rozjaśnił się dotykowy ekran okalający pół kabiny. Wszystko było genialnie proste i ergonomiczne. Chwyciłem za drążek i pociągnąłem go do góry. Niesamowite, maszyna płynnie zaczęła się wznosić i na wysokości około 100 metrów, za horyzontem betonowego usypiska wieżowców, zobaczyłem startujący świt, w tych swoich sennych rozlewających się barwach. Podniosłem maszynę bardziej do góry i skierowałem się w kierunku tego wschodu. Spojrzałem na Nadzieję i zobaczyłem cichy błysk w jej oczach. To tam pomyślałem i poleciałem z dziobem maszyny ustawionym lekko do dołu. Lecieliśmy tak ze dwadzieścia minut, czas uciekał, a ja czułem, że to nie tu, ani tam. Krajobraz był coraz wyraźniejszy, klocki budowli i mijanych dróg zmieniały się powoli. Popatrzyłem na Nadzieję i zobaczyłem w jej oczach, brak dalszego ciągu tej wyprawy.
Powiedziała mi:
- wracamy,
- nie teraz powiedziałem, sam nie wierząc w swoje słowa.
Pomyślałem o ilości paliwa jakie mamy na pokładzie, za chwilę na dotykowcu pojawiła się cyfra „2 dni bez lądowania”. Na długości czasu około 28 minut lotu, zobaczyłem odblask jakiegoś ogromnego jeziora z wielką piaszczystą plażą. Czułem, że to musi być gdzieś tutaj, ale zostało mi już tylko 2 minuty. Co robić, pytałem siebie? Złość zaczęła już dochodzić do głosu. Byłem wściekły, czułem niemoc. Co z prędkością zacząłem się zastanawiać? Odpowiedź znowu przyszła na ekranie – „leciałeś za wolno”. Lecę wzdłuż plaży, rozglądam się we wszystkich kierunkach, zły sam na siebie. Magiczne 30 minut minęło, Anioł westchnął, a ja w swojej złości leciałem dalej. Nagle na plaży zobaczyłem równoległy napis do linii brzegu:
- Byłam tu, musiałam wracać – Serducho,
Zanim skończyłem czytać, rześka fala rozmyła tekst. Nadzieja zaczęła domagać się głośno powrotu, a Złość darła się:
- przespałeś ważny moment!
- cisza wariatki, zacząłem krzyczeć, będziecie wracać autostopem!
Wylądowałem, kazałem im iść na spacer w prawo. Anioł siedział sobie cicho zanurzony w jakiś ogłoszeniach o nowych lotkach. Ten to ma dobrze pomyślałem. Siadłem koło tej maszyny, czułem jak stygnie powodując rytmiczne trzaskania. Zacząłem bawić się piaskiem, jak małe dziecko. Zrobiłem górkę z mokrego piasku i zacząłem się rozglądać za jakimś patykiem. Popatrzyłem w prawo i zobaczyłem jak Nadzieja ze Złością się kłócą – w sumie zrobiło mi się ich żal. Po lewej stronie zobaczyłem jakiś długi patyk wbity w plażę. Poszedłem w tamtym kierunku. Jak wyciągałem tego kija to zobaczyłem, że przy nim było napisane:
- Będę za tydzień o tej porze – Serd…
Dalsze litery były rozmyte. I to mi wystarczyło, zapakowałem całą wycieczkę do maszyny i wystartowaliśmy. Jednocześnie odkryłem, że trochę poniżej guzika start jest taki płaski przycisk z napisem prędkość, za pięć minut byliśmy przy hali. Z radością zacząłem odliczać godziny do spotkania za tydzień…
+++
Airwolf startup
Fajna bajka o super helikopterze dla dzieciaków w latach osiemdziesiątych.
Pokaż mi swój księżyc, abym nigdy nie zgubił do Ciebie drogi.
Po nagraniu w klinice i u stylistki pojechaliśmy na ostatnia stację metra. Tam mieliśmy umówioną wizytę w dosyć nietypowym gabinecie odnowy. Na miejscu powiedzieli nam, że mamy pół godziny wolnego czasu.
Poszliśmy na mały spacer, po drodze wpadliśmy na bazar. ONA kupiła ogromne jabłko, a ja w myślach przypomniałem sobie o raju i oczywiście otrzymałem propozycje spróbowania tego owocu. Nie zastanawiałem się długo. Potem powiedziała:
- usiądźmy na chwilę, na tej ławce.
ONA i ja wiemy kto był patronem tego miejsca. Teraz wiem, gdzie naprawdę mieszka mój Anioł.
Mój sen był bardzo wyrazisty. To było bardzo luksusowe pomieszczenie w którym stał stół bilardowy. Siedziałem w ogromnym fotelu i zastanawiałem się jaki jest mój sens życia. Myśli przelatywały mi, jak przeciągi po firankach, ale żadna nie zagrzała długo miejsca. Westchnąłem i zacząłem rozglądać się po całym tym pomieszczeniu. Na ścianach wisiały jakieś abstrakcyjne obrazy, ale w głównym miejscu był jeden bardzo odmienny i naturalny. Gdy patrzyłem na niego miałem wrażenie, jakbym nastawiał ostrość w obiektywie aparatu. Z lewej strony pojawiła się sympatyczna choinka, po prawej wazon z kwiatami, a w tle było okno. W środku stała ONA, w białej spódnicy oraz czarnej koszulce. Jej wzrok był bardzo kochany… Co tu dużo pisać, teraz jestem pewien, że gdy kiedyś tam będę przechodził na drugą stronę, to zabiorę tą fotografię jako najważniejszą. Być może dojdą jeszcze inne , ale tylko z NIĄ. Gdybym miał stwierdzić, jakie jest moje największe marzenie, to być w takiej sytuacji jak ONA na tym zdjęciu z NIĄ.
Z tych moich rozkosznych marzeń wyrwał mnie JEGO głos:
- zagramy?
- tak odpowiedziałem sennie, wciąż rozkoszując się moimi marzeniami,
- to zaczynaj, powiedziałem, żeby mieć jeszcze trochę czasu.
Graliśmy sobie i ja przegrałem. Zaproponował rewanż i zapytał:
- o co zagramy?
- jak wygram, powiesz mi jaki jest sens mojego życia,
- ok, powiedział, więc zaczynaj, ale jeśli przegrasz, od jutra bierzesz się za JEJ serducho,
- mówiłeś, że to moja misja, zapytałem?
- nadchodzi ten czas, musimy się jednak pośpieszyć.
Zgarnąłem wszystkie kule w trójkąt i zacząłem się przymierzać do strzału. W imię skupienia nakredowałem swój kij i strzeliłem z całych sił. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie, jak rozpływające się dno czystego morza, gdzie wszystko rozchodzi się promieniście, a jednocześnie jak grad spadających małych piłek. Kule zaczęły tańczyć po całym stole. Nie wiedziałem co się stało. Pingowaliśmy na siebie wzrokiem, jakby szukając nieznanej odpowiedzi. Trwało to jakąś chwilę i nagle usłyszałem, jakby stuk wszystkich jedna o drugą. Ułożyły się w trzyliterowy napis. Popatrzyłem na NIEGO i ON zbladł. Na stole było napisane kulami ONA.
- wiesz, myślałem, że będziesz jednak jednym z nas , powiedział…
- nie martw się, zawsze będę, ale prawdziwa miłość jest najważniejsza. Może TY to kiedyś zrozumiesz, tak jak ja zaczynam rozumieć Was.
Wczorajszy dzień był bardzo męczący, a po w miarę spokojnej nocy, tym razem dopadł mnie jakiś sen około południa. Śniło mi się, że jechałem starym tramwajem nad rzekę, gdzie zawsze spotykałem się z Aniołem. Tramwaj ciągle zmieniał kierunki jazdy, jakby nie mógł się zdecydować, którędy jechać. W końcu dojechaliśmy na miejsce, przystanek był blisko jakiejś starej fabryki. Fabryka mieściła się przy ulicy Niespełnionych Nadziei, w otoczeniu nowoczesnych zabudowań. Taka enklawa staroci, w wielkim mieście pomyślałem. Zacząłem się rozglądać i liczyłem, że GO tam znajdę. W środku cisza tylko szum z zewnątrz dawał nadzieję, że nie jestem na pustkowiu. Siadłem na jakiś metalowych częściach wielkiej maszyny i zobaczyłem namalowaną cyfrę siedem. Znowu ta siódemka, oby była szczęśliwa…
Było tak cicho, że czasem miałem wrażenie, iż słyszę jak rdza pożera resztki tego zakładu. Po chwili siedział obok mnie. Nie chciało mi się nic mówić, ale w końcu zapytałem:
- czy to teraz?
- ale co teraz?
- no ten cały „rezonans czasu”,
- nie wiem, powiedział,
- ja tym bardziej nie wiem, powiedziałem,
- ale teraz to twoja misja i ty kierujesz…
- wiesz, powiedziałem do NIEGO, mam takie wrażenie, że kręcę się w koło, albo, że dochodzę już prawie do mety i padam.
- tak ma być, powiedział, nie mogę powiedzieć ci, rób tak albo inaczej, a jutro będzie koniec, albo pojutrze coś się wyjaśni,
- więc? zapytałem
- to twoja misja powiedział, nie spiesz się, musisz jeszcze trochę pobłądzić, to tak jakbyś miał nauczyć się jeździć i porysować trochę samochód.
- no dobra, a co ze mną?
- popatrz na siebie, zmieniłeś się, jesteś innym człowiekiem, czy to mało?
- no niby tak, ale ja o NIEJ myślę,
- jesteś jej potrzebny, nie jako facet, rozumiesz?
- niby tak, ale ciężko mi to pojąć,
- ok, masz wolną wolę, powiedział, możesz to wszystko zostawić, ale ONA będzie miała źle, chociaż sama o tym jeszcze nie wie. Jesteś skazany na NIĄ, a ona na ciebie. Nie tak jak myślisz, że będziecie zaraz jak facet z kobietą. To coś więcej, z czasem to zrozumiesz…
- chciałbym to zrozumieć…
- nie marudź, powiedział tylko bierz się do roboty.
+++
Takie tam moje – Fun 2008 - posklejałem parę bitów, a zdjęcia kręciłem w Muzeum Przemysłu w Warszawie, dawna fabryka Norblina.