Archive for the ‘Helikopter’ Category

h1

Odlot

21 maj, 2008

Zabiłem serce moje – I tak było Twoje.

Sen przyszedł bardzo powoli. Siedziałem na jakimś krześle w tej samej hali co ostatnio. Dzisiaj była wietrzna noc. Hala trzeszczała i wyła jak popsuta harmonijka ustna. Smutno mi się jakoś zrobiło, nie wiedziałem co dalej, poza tym, że będę sam. Wstałem, poszedłem w kierunku, gdzie ostatnio znalazłem ten helikopter, miejsce niestety było puste. Ciemność ograniczała widoczność do paru metrów. Po chwili usłyszałem z boku jakiś szelest i znajomy postępujący bełkot wirników, za chwilę w odległości około 10 metrów, ode mnie zapaliła się choinka światełek tej cudownej maszyny. Jakoś zrobiło mi się raźniej, w końcu ta super zabawka zabierze mnie w oczekiwane miejsce. Zobaczyłem, że drzwi są otwarte, podszedłem, w środku nikogo nie było. Westchnąłem, wsiadłem i za chwilę wszystkie wskaźniki uśmiechały się do mnie pełnym stanem gotowości.
Drążek start, ciągniemy do góry, galaktyki świateł miasta są już poniżej mnie. Zataczam radosne koło nad miastem, wciskam płaski przycisk dopalania i za pięć minut jestem na miejscu, o czym informuje mnie srebrzanka księżyca na tafli jeziora. Robię lot nad taflą i zmierzam do miejsca gdzie jest ognisko na plaży. Jedyny charakterystyczny punkt w tej ciemnicy. Ląduje trochę dalej, aby burza piaskowa spod mojej maszyny nie zasypała ogniska. Wychodzę, oświetlam maszyną najbliższy teren. Lekko mokry piasek chrobocze pod butami, jak śnieg w mroźny dzień. Dochodzę do ogniska, nikogo nie ma, słychać tylko jak wielkie ozory ogniska skrzeczą do siebie.

Siadam sobie wygodnie, mam wrażenie, że sekundy zwolniły do minut. Delektuję się tym jasno ciepłym letargiem i na chwilę zapominam o swojej misji. Jest dobrze, przyjazny piasek wyprofilował mi wygodne siedzenie, a ogień smaga mnie falami ciepła. W oddali słyszę budzące się ptaki. Patrzę na księżycową srebrzystość tafli jeziora i zastanawiam się czy te wielopunktowe rozchodzące się koła małych fal, to od ryb, które żerują i pluskają się w nocy? Jednak nie, to wygląda tak, jakby coś spadało do wody. Pomyślałem, że to może jakiś nocny deszcz albo grad. Całe to zjawisko zaczęło się posuwać w moim kierunku. Poczułem lekki niepokój. Za chwilę domyśliłem się wszystkiego, to były metalowe strzały o bardzo ostrych końcach. Widziałem jak sitkują moją maszynę, chociaż to była bardzo zaawansowana technologia. Zacząłem uciekać, ale w każdym kierunku miałem przed sobą ścianę gradu tych okropnych strzał. Całe to zjawisko, zakołowało wokół mnie i ogniska w promieniu paru metrów. Starzały padała jedna blisko drugiej, tworząc jakby taki krzewostan, nie do przejścia. Zacząłem się martwić, jak ja z tego wybrnę. Strzelałem wzrokiem czy jest gdzieś jeszcze przestrzeń ucieczki. Znalazłem tylko w kierunku ciemnego lasu. Nagle zobaczyłem przy tej jedynej drodze ucieczki SERDUCHO, było takie same jak przy pierwszym spotkaniu w metrze, lecz dziewczyny nie widziałem. SERDUCHO stało w niebezpiecznej odległości od strzał. Instynktownie wypchnąłem je poza ten niebezpieczny krąg i zaczęliśmy uciekać do lasu. Potykając się o różne drzewne przeszkody i wpadając co chwilę do jakiś dołów słyszeliśmy, jak za naszymi plecami podąża mordercza ściana tych strzał, łamiąc po drodze drzewa jak zapałki. Za chwilę zobaczyłem źródło tego ataku. Był to niewysoki budynek o dachu, jak jakaś astronomiczna kopuła, błyszcząca w świetle księżyca. Dach ten obracał się w wszystkich kierunkach jak jakieś magiczne oko, miał miliony otworów z których wyskakiwały te śmiercionośne strzały. Ten przerażający deszcz już nas prawie dopadł, kątem oka zobaczyłem światło z otwartej studzienki ściekowej, wskoczyliśmy tam. Fala strzał jakby się zmieniła – wyglądało to jak lecąca za nami wściekła szarańcza. Kluczyliśmy w tych korytarzach, jak w labiryncie, przy jednym zakręcie zauważyłem jakieś napisy ostrzegawcze. Była tam szybka, którą bez namysłu zbiłem, a wtedy zobaczyłem, że jest to jakiś zaplombowany wyłącznik, przy próbie dotknięcia zostałem porażony dawką wysokiego napięcia. Upadłem i słyszałem jak metalowa szarańcza już nas dopada. Urwałem kawałek suchego ubrania, resztką sił owinąłem dłoń i udało mi się zmienić położenie tej wajchy. Momentalnie wszystko ucichło. Strzały upadły z łoskotem, tworząc jakby taką słomianą matę z siebie.

Wyszliśmy na zewnątrz. W bliskiej odległości zobaczyłem łunę ogniska. Zacząłem się cieszyć z SERDUCHEM, że coś się udało. Pomyślałem, że Anioł się ucieszy ze mnie, chociaż nie mam wojowniczej natury, to jakoś dałem radę. Siedliśmy po obu stronach ogniska i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie umiem rozmawiać z SERDUCHEM. Wstałem, żeby coś powiedzieć, uśmiechnąłem się. SERDUCHO też jakby chciało coś przekazać, zaczęło falować jakby odcieniami czerwieni i nagle w moich kierunku wystrzeliło ogromną strzałą, wielkości jakiejś dzidy. Dostałem prosto w serce, nie miałem czasu na zdziwienie, ani żadną reakcję, czy też emocję. Rękoma wyczułem jak zimne żelastwo parę razy, coraz słabiej poruszyło się w rytm mojego serca, a moja własna krew ogrzała mi sztywne palce. Te moje dłonie jakby zaczęły się rozciągać, a ja widziałem je coraz dalej. Po chwili poczułem się dziwnie. Plaża zostawała coraz niżej, a ja nie czułem żadnych emocji, byłem tylko myślą. Obok jeziora znajdowała się taka skalista górka, popatrzyłem tam i zobaczyłem JEJ sylwetkę wyłaniającą się z ciemności. Stała jak czujna sarna, badająca wokół siebie zagrożenia. Usłyszałem JEJ głos:

- to nie tak miało być, powiedziała, pamiętaj chcę być z ciebie dumna…
- pamiętaj! Krzyknęła…

Wtedy zobaczyłem jak wstające słońce oświetla z boku jej buzię, a dwa miniaturowe wodospady łez świecą w tym samym kolorze. Jej sylwetka się oddalała i była taka sama, jak z tego zdjęcia wigilijnego…
Widziałem wszystko w każdym kierunku. Ja unosiłem się dalej, nawet nie mogłem się uśmiechnąć, ani nic powiedzieć… ONA była dla mnie już w innym wymiarze…

+++

Prodigy, Matrix - Smack My Bitch Up

h1

Nadzieja

3 maj, 2008

Mój lot trwa już tyle lat, a dopiero teraz znalazłem miejsce do lądowania.

Dzisiaj zrobiłem sobie wolne. Wspominałem wczorajsze nagranie, mieliśmy naprawdę ciężki dzień. Udało się nam zrobić prawie 3 godziny materiału. Zgrałem wszystko z kamery do komputera i nawet to zajęło mi sporo czasu. Cały czas w myślach słyszałem JEJ głos, jak opowiada o swoim życiu. Byłem zmęczony i chciałem się zanurzyć w swoim śnie.
Niespodziewanie szybko mi się to udało.
W moim śnie siedziałem w jakiejś ogromnej i przyciemnionej hali. Było bardzo cicho i chyba środek letniej nocy. Miarowe kroplowanie, po niedawnej burzy z dziurawego dachu tego budynku, doprowadzało mnie do szału. Nagle po chwili usłyszałem narastający rytmiczny bełkot wirników helikoptera, który pieścił moje uszy. W pewnym momencie wszystko ucichło. Wyszedłem z tej hali idąc w kierunku tych dźwięków. W pobliżu głównego wejścia wylądował kosmicznie wyglądający helikopter. Podszedłem bliżej, ale w środku nie było pilota. Pojazd miał 2 miejsca z przodu i dwa z tyłu. Z przodu obok miejsca pilota siedziała Nadzieja, z tyłu Złość i ON. No, lepiej już być nie mogło i zanim zdążyłem coś powiedzieć usłyszałem od Niego stanowcze:
- leć!
- gdzie zapytałem, chociaż, się domyślałem?
- Serducho, powiedział, masz pół godziny, żeby je znaleźć,
- Ok, ale gdzie?
Nie usłyszałem odpowiedzi, zacząłem się rozglądać z przerażeniem po kabinie, bo przecież nie jestem pilotem. Założyłem kask z holograficznym monitorem wewnątrz. Pod szybą tego pojazdu nie było żadnych zegarów czy wskaźników – był taki pas dotykowego ekranu jak w mobilnych urządzeniach. Siedziałem po lewej stronie i między mną i Nadzieją był tylko drążek sterowniczy na końcu którego był czerwony przycisk z napisem Start. Po chwili wahania nacisnąłem guzik startowy, usłyszałem miły dla ucha rozgrzewający się bełkot wirników. W tym samym momencie rozjaśnił się dotykowy ekran okalający pół kabiny. Wszystko było genialnie proste i ergonomiczne. Chwyciłem za drążek i pociągnąłem go do góry. Niesamowite, maszyna płynnie zaczęła się wznosić i na wysokości około 100 metrów, za horyzontem betonowego usypiska wieżowców, zobaczyłem startujący świt, w tych swoich sennych rozlewających się barwach. Podniosłem maszynę bardziej do góry i skierowałem się w kierunku tego wschodu. Spojrzałem na Nadzieję i zobaczyłem cichy błysk w jej oczach. To tam pomyślałem i poleciałem z dziobem maszyny ustawionym lekko do dołu. Lecieliśmy tak ze dwadzieścia minut, czas uciekał, a ja czułem, że to nie tu, ani tam. Krajobraz był coraz wyraźniejszy, klocki budowli i mijanych dróg zmieniały się powoli. Popatrzyłem na Nadzieję i zobaczyłem w jej oczach, brak dalszego ciągu tej wyprawy.
Powiedziała mi:
- wracamy,
- nie teraz powiedziałem, sam nie wierząc w swoje słowa.
Pomyślałem o ilości paliwa jakie mamy na pokładzie, za chwilę na dotykowcu pojawiła się cyfra „2 dni bez lądowania”. Na długości czasu około 28 minut lotu, zobaczyłem odblask jakiegoś ogromnego jeziora z wielką piaszczystą plażą. Czułem, że to musi być gdzieś tutaj, ale zostało mi już tylko 2 minuty. Co robić, pytałem siebie? Złość zaczęła już dochodzić do głosu. Byłem wściekły, czułem niemoc. Co z prędkością zacząłem się zastanawiać? Odpowiedź znowu przyszła na ekranie – „leciałeś za wolno”. Lecę wzdłuż plaży, rozglądam się we wszystkich kierunkach, zły sam na siebie. Magiczne 30 minut minęło, Anioł westchnął, a ja w swojej złości leciałem dalej. Nagle na plaży zobaczyłem równoległy napis do linii brzegu:
- Byłam tu, musiałam wracać – Serducho,
Zanim skończyłem czytać, rześka fala rozmyła tekst. Nadzieja zaczęła domagać się głośno powrotu, a Złość darła się:
- przespałeś ważny moment!
- cisza wariatki, zacząłem krzyczeć, będziecie wracać autostopem!
Wylądowałem, kazałem im iść na spacer w prawo. Anioł siedział sobie cicho zanurzony w jakiś ogłoszeniach o nowych lotkach. Ten to ma dobrze pomyślałem. Siadłem koło tej maszyny, czułem jak stygnie powodując rytmiczne trzaskania. Zacząłem bawić się piaskiem, jak małe dziecko. Zrobiłem górkę z mokrego piasku i zacząłem się rozglądać za jakimś patykiem. Popatrzyłem w prawo i zobaczyłem jak Nadzieja ze Złością się kłócą – w sumie zrobiło mi się ich żal. Po lewej stronie zobaczyłem jakiś długi patyk wbity w plażę. Poszedłem w tamtym kierunku. Jak wyciągałem tego kija to zobaczyłem, że przy nim było napisane:
- Będę za tydzień o tej porze – Serd…
Dalsze litery były rozmyte. I to mi wystarczyło, zapakowałem całą wycieczkę do maszyny i wystartowaliśmy. Jednocześnie odkryłem, że trochę poniżej guzika start jest taki płaski przycisk z napisem prędkość, za pięć minut byliśmy przy hali. Z radością zacząłem odliczać godziny do spotkania za tydzień…

+++

Airwolf startup
Fajna bajka o super helikopterze dla dzieciaków w latach osiemdziesiątych.

h1

Serducho 19.02.2008

19 luty, 2008

Trochę się ostatnio pogubiłem. Jak zwykle wymyślam powody, żeby nie iść do szkoły, na poszukiwania dziewczyny. Dlaczego tak ze mną jest? Przecież to ważne spotkanie i martwię się żeby niczego nie popsuć, a może po prostu nie chcę, może to przerasta mnie i chciałbym zawrócić jak podczas misji poszukiwawczej? Latam w wyobraźni jak pilot śmigłowca poszukujący rozbitków. Obok mnie siedzi nadzieja i daje mi do zrozumienia, że czas jednak zawracać. A ja mówię, że jeszcze tu, a może tam? Zamiast nadziei powinna koło mnie siedzieć dziewczyna, mógłbym wtedy jej zaimponować brawurą :)
Dlaczego Anioł mnie tak męczył, a teraz go nie ma?  Czuje się jak rybka w akwarium – wszyscy czekają, aż coś zrobię. A ja czekam na zmianę akwarium.

h1

Serducho 13.02.2008

13 luty, 2008

Miłość jest, ale nie dla każdego. Coraz bardziej sobie to uświadamiam. Chciałbym pozbyć się tej beznadziejnej wrażliwości. Chciałbym oddać swoje emocje bardziej potrzebującym. Chciałbym trzasnąć drzwiami w ostatnim pociągu do nikąd. Chciałbym potem krzyczeć, aby go zatrzymać, ze świadomością, że jest za późno. Chciałbym odlecieć w chmury i nie mieć do kogo wracać. Chciałbym zamknąć się w szufladzie kredensu, który jutro ktoś wyrzuci. Chciałbym, aby nigdy mnie nie było. Chciałbym się rozpłynąć w nicość, jak ostatnie koło fali na wodzie. Chciałbym dotknąć zapomnienia, które czeka na swój koniec. Chciałbym odpaść przy pierwszym locie, aby nikt już po mnie nie wracał. Chciałbym aby słońce już mnie nie widziało, chciałbym aby księżyc miał już ze mną spokój. Chciałbym więcej już nie pisać bo szkoda prądu i Twoich oczu.

h1

Serducho 08.02.2008

8 luty, 2008

Kolejny „lejny” dzień, deszcz nie daje za wygraną. Czas na jakąś rozrywkę pomyślałem. Poszedłem do pubu muzycznego. Zamówiłem browara i zacząłem obserwować ludzi. Jako, że byłem sam, to nie musiałem uważać gdzie patrzę, ani udawać, że kogoś słucham:). Lokal w sumie jest nieduży, ale ma swój klimat. Ma też malutką scenę, gdzie czasem przygrywają jacyś muzycy. Przypomniało mi się, że kiedyś grałem różne eksperymenty muzyczne. W lokalu siedzą, albo jakieś zapatrzone pary, albo grupy znajomych. Trochę tak dziwnie być samemu pomyślałem. Dziewczyny wiszą na swoich chłopakach wysysając jak odkurzacz każde słowo z ich ust. Jednocześnie czujnie obserwują otoczenie, jakby na coś czekały. Jak to jest z tymi kobietami?
Anioł miał rację – patrz w oczy, ale tak jakbyś ich nie widział.
Patrz dalej, poza kobietę. Kobieta zawsze szuka faceta, który może spełnić jej mały egoizm, jakąś potrzebę, którą żyje. Jeśli wiesz czego szuka, to jest twoja, pomyślałem i nie ważne czy jesteś za młody, za stary, za łysy, za gruby, za chudy itp. Ona sobie z tym poradzi – najwyżej da ci delikatnie do zrozumienia, abyś wstawił nowe sztuczne oko, lub przyciął dredy…
Wtedy możesz być pewny, że analizuje ewentualny związek z Tobą. Po kolejnym piwie gwar rozmawiających  miesza się z nastrojową muzyką, jak szklanka i piana od piwa.
Wracam trochę wkręcony do domu. W sumie cieszę się, że byłem w tym pubie. Zawsze to trochę czasu spędzonego w małym zapomnieniu. Jutro sobota, więc można spać…

Znowu ta rzeka, dawno Cię nie widziałem pomyślałem. Ale nikt się nie odezwał, ani nie pojawił. Zaczęło się ściemniać, gdzieś obok usłyszałem dosyć rytmiczna muzykę, poszedłem w tamtym kierunku. Był to ogromne pomieszczenie coś jakby wielki hangar. W środku sporo wolnego miejsca, dużo świateł oraz sprzęt muzyczny. Dziwne, że nikogo tu nie było – wyglądało to tak, jakby scena była przygotowana do koncertu. Zacząłem się sam z siebie śmiać – moje ruchy były jakieś komiczne w tym laserowo stroboskopowym oświetleniu. Taka okazja, nie mogę jej zmarnować – pomyślałem, gdy zobaczyłem wypasioną perkusję. Najpierw zacząłem stukać palcami po werblu, a potem poszedłem na całość. Tyle lat już nie grałem, ale to ma się we krwi, jak mówił mój znajomy muzyk. Najważniejsza jest koordynacja ruchów. Tego się człowiek nie nauczy – to jest tak, że jak się rozgrzejesz, to każda część twojego ciała wie sama co robić. Po pierwszych paru zacinach, wpadłem w trans i zacząłem grać w miarę szybko i równo. Totalny odlot. Czujesz się tak, jakbyś sterował odrzutowym helikopterem. Wszystko nabiera tempa, wtapiasz się w maszynę, tworzycie jedną całość i tak pulsujecie z niesłychanym rezonansem. To zajebiste nagłośnienie potęguje tylko ekspresję. W pewnym momencie pomyślałem – chyba skończę, bo to nie moje zabawki, ale odezwał się ON:
- NIE,
- gdzie jesteś zapytałem, wychylając swój głos, trochę z tego transu?
- odpowiedziała mi tylko cisza…
Nagle ku mojemu zaskoczeniu na pustej scenie pojawiła się ONA. Im szybciej grałem tym bardziej obraz był wyraźny. Widziałem radość w jej oczach, widziałem jak cieszy się, jej całe ciało, jak fruwają piękne włosy, przykrywając od czasu do czasu uśmiechnięte oczy, nawet Serducho było uśmiechnięte. Więc zacząłem grać jeszcze szybciej, odpowiedziała mi pięknym uśmiechem i znikła…