Zaciągam piękny kolor Twoich włosów, nad oczami mojej wyobraźni.
Maczam pędzel moich słów, w obrazie Twoich snów…
Mieszam paletę słownych barw, aby na koniec tęczowy potok spadł…
Odpalam resztki sił, żeby na niebie portret Twój był…
Falujące widmo moich barw, a na horyzoncie znowu fioletowy spadł…
Rozmazane usta Twe, mówią, że z czerwonym jest im źle…
Przyciemnione Twoje brwi, zapukały w mego serca drzwi…
Na szczycie wszechczasów spotykam dwie zielone gwiazdy.
Dzisiaj szybko przyszedł sen, ale wiedziałem, że nie spotkam w nim Anioła.
Śniło mi się, że wspinałem się do słynnego Machu Picchu. Gdy już byłem niedaleko, zerwał się lekki wiatr i nagle zrobiła się totalna ciemność. W mojej świadomości wiedziałem, że jest ciepłe popołudnie, a nic nie było widać. Z lewej strony usłyszałem lekki szmer i zobaczyłem dwa zielone punkty, które mocno świeciły i podążały ze mną, gdy tylko zrobiłem jakiś krok. Wystraszyłem się trochę, pomyślałem, że jestem tak daleko od Polski, w obcym kraju, nie znam języka, a na dodatek to miejsce, to jeden z cudów świata. Usiadłem na takim jakby ogromnym schodku i zobaczyłem, że zielone punkty przestały się poruszać. Trwało to jakąś chwilę, poczułem, że to jakaś istota, w myślach przelatywały mi scenariusze typu horror z wilkiem o zielonych oczach itp. W pewnym momencie punkty zaczęły zbliżać się w moim kierunku i wraz ze zmianą odległości, jakby ukryty księżyc, kawałkiem swojego światła zaczął odsłaniać postać kobiety, która była coraz bliżej. Była to piękna blondynka o zielonych oczach i wysportowanej sylwetce. Krągłości Wenus przy jej kobiecych walorach, to wychudzona modelka, jak do seksownej kobiety…
Stanęła obok mnie, a ja nabierając odwagi głupio zapytałem:
- musisz być silną kobietą ?
- tak jestem, jako dziecko zostałam adoptowana przez Inków, a że oni niestety nie znali się na diecie dla niemowląt – to żeby mnie wiatr nie porwał karmili mnie ołowiem
Patrzyłem na nią i w głowie trzeszczały mi tysiące myśli, poczułem niesamowitą radość i pomyślałem, że chciałbym, aby była moją muzą. W tym momencie popatrzyła na mnie, jakby słuchając moich myśli powiedziała z uśmiechem:
- zastanowię się…
Gdy tak zastygłem oczarowany, jej wesołymi ustami, nagle schował się kawałek księżyca, dwa zielone punkty poszybowały błyskawicznie w dal. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, aby zatrzymać jej obecność, ale w tym momencie, osmolone słońce strzeliło znowu promieniem przecinającym ciemność.
W naszych postojach życiowych, często nieświadomie dokonujemy trafnych wyborów.
Kocham każdy rodzaj muzyki, nie chcę tutaj wymieniać wszystkich gatunków muzycznych, bo zawsze można by, było niechcący lub nie wiedzący coś pominąć.
W tym całym spektrum pięknych barw, znalazłem dwa punkty wspólne:
- pierwszy to rytm, uwielbiam jak przelewają się cztery czwarte z triolami, a do tego zaskakują synkopami,
- drugi - padło jednak na jazz, fascynuje mnie tutaj autentyczna przyjaźń między muzykami, gdy grają. Każdy ma swój moment na niepowtarzalną poezję dźwięków w danej chwili, a pozostali wzrokiem otwierają mu wejście na solo. To jest niesamowite, to jest prawdziwa sztuka grana na żywo!
Zastanawiam się co w muzyce jest tak magicznego, że pozwala mi na kolejne starty w nieznane, kolejne loty w kosmos, gdzie nasyciwszy samotną samotność, chcę wracać jakbym miał do kogo?
Bo taka jest ta muzyka, zawsze wierna i odmienna, trudno się nią znudzić. Podobnie jest z kobietami. Każdy z nas facetów spotyka na swojej drodze taki przebój, który zmusza go do niekonwencjonalnych działań
Oli to moja internetowa Sis. Znamy się już 5 lat, ale tylko w necie. Nigdy, nie widzieliśmy się w rzeczywistości i pewnie nie zobaczymy. Całe szczęście mieszkamy od siebie dosyć daleko, co w jakiś sposób ułatwia utrzymać dystans :). Ja nie jestem zwolennikiem przyjaźni między facetem, a kobietą, ale tutaj robię wyjątek.
Dlaczego, nie jestem zwolennikiem?
- bo prędzej czy później dochodzi do złamania zasad tylko przyjaźni…
Wiemy o sobie więcej niż ci bliscy, którzy są bardzo blisko. Traktujemy się, jak taka wirtualna rodzina. Rozmawiamy prawie codziennie. I to jest fantastyczne, każde z nas rzeźbi swoje życiorysy. Często się spieramy, o to i o tamto. Ona jest zawsze moim wiernym kibicem, a ja jej. Oli wie co z moimi muzami, a ja co z jej muzealnikami haha…
Prawdziwa Suczz lubi różowy, jako dodatek, a nie transparent. Ona jest ozdobą swoich koleżanek. Każda z nich ciągnie ją ze sobą, licząc, że ktoś z jej tłumu wielbicieli, odpadnie przypadkowo. Ona nigdy się nie cofa, zawsze pędzi tam gdzie myśli. Nie ma na nią właściwego klucza. Gdybym miał wybierać między nią, resztą to tylko ONA, albo nikt.
- dlaczego?
- to proste, wyobraź sobie, że jesteś z kobietą bez ciągłego brania. Taka kobieta nie ma instynktu obrony przed nieznanym. Gdy w waszym związku zaczną błyszczeć przydeptane kapcie i pojawi się ktoś nawet niewinny, jeden moment i nie istniejecie…
Prawdziwa Suczz jest jak kapitalizm, wytwarza wokół siebie konkurencję. Wśród śmietnika powielanych wierszyków, typu kopiuj wklej, wśród pokemonowskich literowych rysuneczków, ona tylko westchnie ze zmęczenia. Ją już śmieszą gładkie klaty, czy tam pustakowska rzeźba ciała. Ona szuka w tobie westchnień, bo zmęczona jest już walką. Ona wije w tobie gniazdo, bo przedłuża swoje geny. Daj się unieść jej fantazji, bo to wierna jest kobieta. Mową ciała cię oplecie, nawet gdy będziesz uciekał. Walcz o nią, bo to skarb i mądra z niej partnerka…
Zgubiłem klucz do twojego serca, co tam otworzę go wytrychem namiętności
Obudziło mnie rytmiczne podskakiwanie telefonu na stole. Ojej, dzisiaj miałem o 9 być w klinice aby pogadać o scenariuszu i filmie. Jest 11, no ładnie. Poczekałem, aż telefon się uspokoił. Popatrzyłem na numer – no tak szefowa kliniki… Za chwilę dzwonię, to mocna i konkretna kobieta. Powiedziałem, że mam zaburzenia snu odkąd nie palę.
- proszę przyjść za tydzień razem z modelką – usłyszałem – jest pan usprawiedliwiony…
- dziękuję i przepraszam…
Ale numer, jak dziecko wiecznie spóźniony…. Nienawidzę tego, zawsze tak jest najpierw pierwsza w nocy, potem robi się siódma rano…
Dobra trzeba jakoś ogarnąć ten dzień i zacząć coś załatwiać. Pomyślałem o scenariuszu i się zmęczyłem, haha. Nie no trzeba iść w improwizację, jak zacznę coś ustalać, to los będzie chciał inaczej, więc idziemy z losem za pan brat.
Chowam cienie twoich powiek pod stół naszych namiętności.
Kiedy rzucam myśli,
po dywanie naszych wspomnień,
gdy odgarniam włosy naszych trosk.
Kiedy spadam z okien twoich oczu,
to nie myślę, że to koniec, bo początek to nie los.
Gdy napełniam suche wino, i odkrywam już ust smak, wtedy idziesz po mnie dalej, bym zobaczył znowu brzask.
Ja nie wrócę, choćbym chciał,
moim domem jest już wielkość gwiazd.