Biegnę do ciebie już tyle lat – nie pozwól złapać mi oddechu!
Kocham czerwone czapki z daszkiem, jakbym mógł to bym w nich spał.
Zasnąłem na wiele godzin. Za oknem moich snów zobaczyłem molo i przygotowania do pokazu. Wiedziałem, że dzisiaj ON jest projektantem mody.
Pierwszy raz zapytał czy mam ze sobą kamerę.
Powiedziałem, że tak.
To poczekaj, powiedział.
Nagle zobaczyłem, że podeszła do mnie ONA. Wyglądała bardzo majestatycznie. Z wrażenie, mało kamera mi ze statywu nie zleciała. Nie widziałem co powiedzieć. Zapytałem wprost:
- czy możesz przejść się, o tutaj w zasięgu mojego filmowania pokazałem ręką zataczając małe koło?
- oczywiście, otrzymałem szczery uśmiech.
- super – powiedziałem, nie mogąc wyjść z podziwu.
Zajęty trafianiem okiem kamery w jej sylwetkę, nie zwracałem uwagi na detale, które były nagrywane.
Poprosiłem ją jeszcze o to, żeby usiadła na krześle. Za chwilę odpłynęła jak żaglowiec do grupy modelek, a za nią na krzesło spadło takie małe piórko jak w filmie Forrest Gump.
Pierwszy raz filmowałem pokaz mody, ale nic nie pamiętam. Cały czas miałem przed oczami jej uśmiech i to piórko schowane ukradkiem do kieszeni.
Po pokazie podszedł do mnie ON, z takim zawadiackim uśmiechem i powiedział:
- pogadamy jutro.
Nawet się ucieszyłem, bo i tak nie byłbym w stanie o niczym rozmawiać.
+++
Forrest Gump – jeden z moich ulubionych filmów. Czasem upodabniam się do głównego bohatera, no i ta muzyka…
Przebiegłem ocean dźwięków, a tylko dwa z nich są najważniejsze.
Moja czterostrunowa to niesamowita maszyna. Jest miękka, elastyczna i wrażliwa. To nie przesada, gitara basowa ma grube struny i łatwo nabawić się bąbelków na palcach. Ma wąski gryf, który pozwala robić różne łamańce. Bardzo mi to odpowiada, lubię grać swoim stylem – dwa palce flażolety trzeci dociska linie basową. Po wrzuceniu tego na przetworniki robi się niesamowita ściana dźwięku. Wpadam w samozachwyt i męczę do znudzenia niektóre akordy. Tak akordy, ja gram akordami na basie. Przypomniał mi się mój stary kawałek, który teraz trochę przerobiłem i nazwałem „ONA leci”. Zgrałem to na dwie ścieżki w komputerze, po uprzednim nagraniu rytmu z automatu. Jak obczaję resztę gadżetów w moich programach, to porobię jakieś dodatkowe loopy, żeby nie było za monotonnie.
Kolejny raz śni mi się Sopot. Niestety pogoda nienajlepsza, znowu pada i wieje silny wiatr. Szukam JEGO na molo, ale nikogo nie widzę. Plaża mokra, więc chodzę tylko po bezpiecznych deskach długiego pomostu. Jednak pomimo złej aury, spaceruje czasem jakaś para, zatroskana o swoje samopoczucie. Żal mi się robi, że nie mam kogo przytulić, ochronić przed wiatrem…
Przypomniało mi się zdarzenie z NIM dotyczące strachu, a konkretnie ta para w pociągu. Teraz wiem jakie dźwięki są najważniejsze w życiu, to DWA SERDUCHA.
+++
Doug Wimbish of Living Colour
Tego Pana bardzo lubię – łączy w sobie grę na basie z całą masą różnych gadżetów. Kto się domyśli ze słuchu, że to tylko gitara basowa?
Przeglądam nagranie z lotniska na komputerze i zaczynam scalać niektóre sceny. Najbardziej podoba mi się efekt fadowania. Sceny przenikają się wzajemnie. Znowu dotarłem do najważniejszego uśmiechu i nie mogę sobie odpuścić jak maniak, powiększam go na cały ekran.
Dzisiaj pobawię się jeszcze tym sprzętem, a jutro wezmę się za granie.
Znowu jestem w Sopocie. Od morza wieje silny wiatr i pada deszcz. Na molo widzę, że coś się dzieje. Ktoś organizuje pokaz mody, pomimo takiej paskudnej aury. Modelki szykują się do wybiegu. Szukam projektanta i nagle ku mojemu osłupieniu widzę, że to jest ON. Coś tam pokazuje, daje znać całej obsłudze, że jeszcze nie teraz, lepiej będzie jutro. Wszyscy się zwijają i rozchodzą. Kiedy zostaje sam, podchodzę do niego i pytam co jest grane?
ON się uśmiecha i mówi, że nic szczególnego, tak sobie improwizuję powiedział.
Jak to, niedowierzam?
No tak to, po prostu dziewczyna jest modelką, chciałem się przekonać, jak to jest w rzeczywistości – odpowiada.
No, a ci ludzie skąd ich wziąłeś – pytam dalej?
To znajomi z pracy – uśmiecha się.
Ale to jakiś absurd! Co to jakieś targi nowych skrzydeł czy co?
Zaczął się głośno śmiać, dawno nie widziałem go tak rozbawionego…
To test, powiedział, naprawdę. Chcę zainscenizować pewną sytuację, to dotyczy, też ciebie – powiedział. Jutro wszystkiego się dowiesz.
Nie wiedziałem czy się cieszyć, czy denerwować, jedno było pewne – ON coś wymyśla i pewnie mnie czymś zaskoczy.
Pogadałem z NIM trochę o lataniu, takie tam pytania – jak się zatrzymać, skręcać itp.
+++
City of Angels to jeden z fajnych nastrojowych filmów jakie znam. W jakiś sposób oddaje to co czuję.
Schować do kieszeni strach i wypuścić go dla innych.
Nie sądziłem, że latanie jest takie wielowymiarowe. Po tych moich doświadczeniach, stwierdziłem, że ważne jest po co się lata, a nie jak. ONA wyjechała i miałem przygotowywać się technicznie do filmu. Jednak, gdzieś tam w podświadomości wiedziałem, że film to jedno z narzędzi, a najważniejsze jest jej serducho. I tak zacząłem rozmyślać o lataniu i o NIM. Co nowego mi przekaże? Po całodziennym rozmyślaniu zasnąłem.
Znowu byliśmy w Sopocie, na szczęście nie było ludzi. Przypomniał mi jak nad rzeką poleciałem do samolotu. Potwierdził moje przypuszczenia, że najważniejsze jest serducho – latanie to jak nauka jazdy, aby umiejętnie trafić do celu. Powiedział, że kiedy mnie oswoi z tym przemieszczaniem, pogadamy o rzeczy najważniejszej i powie mi dlaczego są w mojej głowie pytania dlaczego. Zobaczyłem w NIM starego wyjadacza, rzemieślnika, który do niektórych spraw podchodzi rutynowo i jak z automatu, ale wie jak pokierować, aby nie było nudno. Zabierał się do tego wolno i bez stresu.
Widzisz – powiedział, jesteś człowiekiem, masz emocje takie jak strach, ale to nic.
Nagle znalazłem się z nim na torach, a na nas pędził wściekły pociąg, dodający sobie animuszu przeraźliwym gwizdem sygnału lokomotywy. Czułem pod stopami coraz większe dudnienie zbliżającego się ogromu żelastwa. ON tylko się uśmiechał i stał przy mnie, w momencie gdy już lokomotywa zbliżała się do nas, poczułem silną wibrację powietrza, a po chwili huk był już za nami. Nic nie czułem, ale widziałem jak kalejdoskopowo przelatują przez nas różne przedziały wagonów.
Już – powiedział i znaleźliśmy się w przedziale, gdzie siedziała zakochana para. Za oknem w rytm jednostajnego świstu falował krajobraz gór, budynków, ulic, a my siedzieliśmy naprzeciwko tej pary. Widziałem ich serducha, jak pulsowały jednakowo. Nie były takie duże jak JEJ i wyglądały jak własne odbicia.
Tak ma być, powiedział i znowu byliśmy na plaży.
Zrozumiałeś coś z tego – zapytał?
Powiedziałem, że dwie rzeczy:
- mam zapomnieć o strachu,
- jednym z moich zadań jest być momentalnie u jej serducha, gdy mnie zawoła, opleść go jak wąż kokonem, którego nikt i nic nie przebije, oraz chronić je tak, aby te ogromne rany nigdy więcej nie zostały rozdrapane. Doskonale – powiedział, mówiłem Ci że jesteś niezły.
To do jutra, powiedział i zniknął.
Zostałem sam, patrzyłem na latające mewy, dzisiaj były cicho i patrzyły na mnie z podziwem.
+++
Lubię Schillera, pamiętam go z czasów „Ruhe” , ale to co zrobił z Tarja Turunen albo ona z nim, jak kto woli bardzo mi się podoba. Zawsze jak słucham tego utworu to naprawdę czuję, że latam jak Anioł.
Nie sądziłem, że obróbka materiału filmowego, to taka wdzięczna praca. Człowiek chciałby wszystko zachować, ale film rządzi się swoimi prawami. To co dla nas jest fascynujące, dla przeciętnego oglądacza robi się nudne. Najpierw nakreśliłem sobie schemat sceny odlotu – przyjazd, odprawa uśmiechy.
To wystarczy, pomyślałem, no może między przyjazdem, a odprawą jakieś przebitki typu gołębie i czule żegnająca się para, ostatnie przypominamy radzimy od agentki. Wszystko gra, jest ruch początkowy, spadam z oddalonego budynku na faceta, który ciągnie walizę – potem wpadam z nim w ten rytm, aż do momentu kiedy mija modelki. Rozmowy, śmiechy itp. Skaczę z dachu lotniska na nie dwa razy – raz z jednego gołębia, potem z pary gołębi. Odprawa, bagaż, ostatnie SMS-y, czułe pożegnanie pary z boku, tablica odlotów, model samolotu, uśmiechy i machania. Dobra mam. Na pierwszy raz nie jest źle. Uradowany, oglądałem parę razy najważniejszy dla mnie uśmiech…
Zobaczę jutro czy mi się będzie podobać. Zadowolony z siebie poszedłem spać.
Tym razem przyśniło mi się, że jestem na lotnisku, a pasem startowym jest molo w Sopocie. Nikogo nie było, słońce świeciło i wiał lekki wiatr. Pomimo dnia wszystkie lampy na molo świeciły na maksa! Na końcu zobaczyłem JEGO jak mi macha, abym przyszedł do niego. Zacząłem iść powoli i za każdym krokiem widziałem, że podnoszę się coraz wyżej, a lampy z molo robią się coraz mniejsze. Niesamowite, ja po prostu wystartowałem! Molo zrobiło się malutkie, widziałem tylko JEGO jak tańczy uradowany na dole. Wokół mnie latały zdziwione mewy i widziałem jak kręcą głowami jedna do drugiej na zmianę, z charakterystycznym piskiem plotkarek:
- widzisz to – on lata,
- to niemożliwe, wtórowała jej druga.
Między kolejnymi mewami ten cykl się powtarzał, jak w starej zabawie – moja kasa nie przyjmuje – podaj dalej…
+++
Victor Wooten - Norwegian Wood
Rewelacyjna technika gry na gitarze basowej i to bez żadnych elektronicznych gadżetów.